Mężczyzna i domowe obowiązki, czyli czemu oni są tacy beznadziejni?

podział obowiązków latwiejszezyciemam.pl/jpg

“Gdy słyszę, że facet powinien w domu pomagać, to krew mnie zalewa.”

“U nas jest podział obowiązków”

“Jak sobie wychowałaś, tak masz”


Internet aż kipi od tego, typu wpisów. A na hasło facet w domu, google zaserwuje Ci niezłą dawkę eksperckich artykułów.

Niektóre blogerki nie dowierzają, że facet zamiast się angażować, jedynie pomaga, inne mówią, że pomoc nie jest akceptowalna, wymagane jest pełne zaangażowania. Jeszcze inne twierdzą, że same zgotowałyśmy sobie taki los.

I jak żyć?

Skoro wszystkie kobiety tak cudownie dokonują rzekomego podziału obowiązków, a my w soboty jak szorowałyśmy kibel, tak robimy to nadal.

A on ani drgnie. Nie kibel, tylko facet;)

Konflikt o podział obowiązków domowych to jedno z najbardziej powszechnych pól minowych w polskich rodzinach. I niby intencje mamy dobre, bo podobno aż 80% kobiet i 65% panów zgadza się, ze stwierdzeniem, że partnerzy powinni dzielić nie tylko łoże, ale i domowe obowiązki.

Niestety rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Bo jedynie 28% badanych potwierdza, że chęci i działanie rzeczywiście idą w parze. (Badania z książki „Aktywność zawodowa i edukacyjna a obowiązki domowe)

A jak jest u Ciebie? Pomaga, angażuje się, czy ma wszystko w tzw. poważaniu?

Można by o tym godzinami, czyż nie?

Pozwól, że dziś postaram się rzucić Ci nieco inne światło na cały problem. Może nie będzie to jeszcze rozwiązanie na wszystkie Twoje bolączki, ale może pomoże Ci spojrzeć na sprawę z nieco innej perspektywy. O konkretnych metodach jak zaangażować faceta w dom, już wkrótce:)

Czyja to wina?

Nasza?

Po trosze może i tak. Ale całościowo sądzę, że problem jest nieco bardziej złożony.

Gdyby założyć, że cała wina spoczywa tylko i wyłącznie na nas, oznaczałoby to, że facetów, wybieramy sobie z inkubatora, odizolowujemy ich na stałe od świata zewnętrznego i tylko i wyłącznie my, mamy wpływ na jego funkcjonowanie. Czyli wszystko robimy za niego, a on się do tego przyzwyczaja.

Dziwne, pojechane i nierealne.

Obarczając siebie, za brak zaangażowania mężczyzny w obowiązki domowe, bierzemy na swoje barki odpowiedzialność za wszystko, co go po drodze w życiu kształtowało.

To, z jakiej pochodzi rodziny, co robiła jego mama, jakich ma znajomych i co z jakichś jeszcze innych względów uważa za stosowne.

Czyli cała masa czynników, która nie ma absolutnie nic wspólnego z Tobą.

Nie twierdzę, że żadna z nas nie popełniła tu błędu, przyzwyczajenia swojego mężczyzny do dobrobytu i nicnierobienia. Ale sama widzisz, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Może i jest w tym wszystkim trochę naszej winy, bo chciałyśmy dobrze, no a wyszło, jak wyszło.


Ale dodatkowo przyszło nam wiązać się z facetami, których matki jeszcze nie walczyły o równouprawnienie w domu, tak mocno, jak robimy to my.

Dla przykładu bezcenny tekst mojej mamy, na widok mężczyzny z dzieckiem na placu zabaw w samo południe.



„A on tak sam? A gdzie matka tego dziecka?”


Nic dodać, nic ująć. Mamusiu, jeśli to czytasz, wiedz, że Cię kocham, a Twój uroczy tekst służy tylko i wyłącznie szerzeniu większego dobra;).

Skoro pokolenie naszych mam w większości wykonywało wszystkie domowe obowiązki i zajmowało się dziećmi, to oznacza, że nasi panowie zdążyli przywyknąć do czegoś, przeciw czemu my tak mocno się dziś buntujemy.


To może w takim razie, to wszystko wina naszych i ich matek?

Naszych, bo my je teraz naśladujemy, ich, bo przyzwyczaiły naszych mężów do nieróbstwa i lenistwa.

A może pójdziemy o pokolenie dalej, bo przecież nasze mamy też musiały się tego kiedyś, od kogoś nauczyć. Itd., itd., aż w końcu otrzemy się o wielki wybuchu, a całą winę zrzucimy na materię Wszechświata.

Zawsze to jakiś sposób.


Ale poza chwilową ulgą towarzyszącą przerzuceniu odpowiedzialność za aktualny stan rzeczy na coś lub na kogoś, nie przyniesie on nam żadnych konkretnych rozwiązań.



A przecież nie jesteśmy tu, po to, żeby sobie ponarzekać. Jesteśmy tu po to, żeby coś zmienić, a dokładniej ułatwić sobie dotychczasowe życie.

Więc jeśli jakaś część Ciebie dokonuje aktu obwiniania kogokolwiek lub czegokolwiek, wiedz o tym, że stoisz w miejscu.

Bo nawet jeśli ktoś zawinił, to czy tkwienie w tym przekonaniu, coś zmienia?

Absolutnie nic.

Dlatego przestań szukać winowajców, otwórz się na rozwiązania. Pomyśl, jak możesz to wszystko zmienić, ulepszyć i sprawić, że wszyscy będziecie szczęśliwsi.

Planer PHOTO FINAL.jpg

Oni są z Marsa a my z Wenus



Już wiemy, że nie ma co szukać winnych. Dlatego zrzucenie wszystkiego na totalnie beznadziejną konstrukcję męskiego tworu, też nigdzie nas nie zaprowadzi.

I pytanie:

Czy całościowo jest ona zupełnie do bani, czy jedynie części odpowiadające za zaangażowanie w domowe obowiązki warto byłoby wymienić?

Czy zdecydowałabyś się z nim związać, gdyby nie miał on tego wszystkiego, co Cię w nim urzekło, ale wiedziałbyś, że za to sprząta na piątkę?

I ostatnie, czy potrzebujesz w domu faceta, czy może osoby, która pomoże Wam utrzymać porządek?



Ja wiem, że oni nie widzą, a my się wściekamy.
Ja wiem, że oni nie czują potrzeby, a nam nie mieści się to w głowach.
Ja wiem, że oni zawsze wybiorą coś ciekawszego niż sprzątanie, a my dokładnie na odwrót.

Ale czy właśnie to nie jest dowód na to, że jesteśmy po prostu od siebie inni, widzimy i rozumiemy świat zupełnie inaczej?



Tak już jest i tak jesteśmy skonstruowani. Oni są bardziej lotni w jednych tematach, a my w drugich.


Ja na przykład nagminnie zapominam zatankować na czas, a później błagalnym wzrokiem proszę męża, czy nie mógłby podjechać na stację, bo ja boję się, że po drodze zgaśnie mi samochód.

Albo po raz enty pytam, go jak mam coś zrobić w tym a w tym programie, bo zdecydowanie nie ustawiłam się w kolejce po umiejętności IT.

A jak wypalą się żarówki, to on zawsze jedzie, bo ja nigdy nie wiem, jakie kupić.

I też może się na mnie wściekać, że jestem leniwa, beznadziejna, że tak mnie przyzwyczaił albo że rodzice mnie nie nauczyli.



Ale prawda jest taka, że pewne sprawy po prostu nie przychodzą mi naturalnie, dlatego je omijam, wykonuje po linii najmniejszego oporu, wiedząc, że mój mąż na pewno mi w nich pomoże.

Tak samo działa to w drugą stronę.

Choć przy codziennych domowych obowiązkach, których jest cała masa i nigdy się nie kończą, sprawa nabiera zdecydowanie innej dynamiki.

Samo się nie posprząta i nie ugotuje i trudno tu mówić o akceptacji i tolerancji naszej inności;).


Co zatem robić, gdy nie wystarcza nam wyrozumiałości i po prostu potrzebujemy wsparcia?



Zaakceptujmy fakt, że jesteśmy inni, że sposób postrzegania porządku możemy mieć zupełnie odmienny, a także, że oni naprawdę mogą nie wiedzieć, jak się za to wszystko zabrać.

Gdy to sobie uświadomimy, zamiast rzucać pretensjami na lewo i prawo, poszukajmy rozwiązań. A o tych już wkrótce:)

Facet ma w domu pomagać czy współpracować? Oto jest pytanie!



Czy nazewnictwo jest tu naprawdę ważne? Jak dla mnie zwał jak zwał, a liczy się przede wszystkim efekt.

Dodatkowo sądzę, że wszystko zależy od egzemplarza.

Znam takich panów, którzy czynnie uczestniczą w domowych obowiązkach bez żadnych specjalnych wysiłków ze strony kobiety. Nie wiem, skąd oni się wzięli, ale zdecydowanie ich żony mają niesamowitego farta. Taki egzemplarz WSPÓŁPRACUJE albo nawet czasem przejmuje większość spraw na swoje barki, bo po prostu to lubi i tyle.

Natomiast zdecydowana większość panów, zalicza się do tych, co nie widzą, nie czują potrzeby, a ich priorytety są zupełnie gdzie indziej. I nie są oni gorsi, są po prostu inni.
Na inicjatywę raczej nie ma co liczyć, bo oni potrzebują konkretnych wskazówek i instrukcji. Ten egzemplarz, jak zarządzisz, to POMOŻE.


Twój pomaga czy współpracuje?;)



Mój sądzę, że jest gdzieś pomiędzy.

Źle nie jest, bo:

Gotuje śniadania i to w dodatku przepyszne. Nie wiem, czy robi je, bo woli nie narażać się na poranne mobilizowanie dzieci do wyjścia, czy wynika to z jego czystej chęci współpracy.

Ładuje wieczorem zmywarkę, bo przy jego analitycznym podejściu do wszystkiego, krew go zalewa, gdy ja i dzieci, wrzucamy do niej wszystko, jak popadnie.

I dba o to, żeby kuchnia była czysta, a dzieci położone, gdy to mnie przypada wieczór poza domem. A gdy jemy wspólna kolację, kuchenny bałagan ogarniamy razem.

Więc niby nie mam co narzekać. Ale każda z nas wie, że spektrum obowiązków się na tym nie kończy.

Bo co z praniem, zalaną podłogą w łazience po kąpieli dzieci, piachem w przedpokoju, stertą niewyprasowanych ubrań, itd. itd.

Powyższe wypracowaliśmy przez lata i zdecydowanie weszły mu w nawyk. Reszty nie widzi. Mogłabym się nadal wściekać, ale po co? Zawsze można chcieć więcej.

Moje obecne podejście ściśle wiąże się z tym, że wiele rzeczy odpuściłam, porzuciłam perfekcję i wieczną spinę, a on odetchnął z ulgą.

W innym wypadku dalej toczylibyśmy walki.



I nie obawiam się głośno powiedzieć, że mój facet nie jest w pełni zaangażowany, a jedynie pomaga. Bo cała logistyka i organizacja i tak spoczywa na mojej głowie. Gdy go o coś poproszę, zrobi. Ale żeby tak z własnej inicjatywy wstawić pralkę to już niekoniecznie.



Ale skoro to działa, ja mam fizycznie mniej do zrobienia a do tego wszystkiego nie drzemy kotów, mnie to w zupełności wystarcza.


Pamiętaj, że kobiety różnią się od mężczyzn i każdy mężczyzna też nie jest taki sam. Więc, zamiast stać w miejscu i złościć się na cały świat, przyjrzyj się swojemu facetowi i postaraj się go zrozumieć. Bo wraz ze zrozumieniem, często przychodzi rozwiązanie.

A może i on kiedyś zrozumie, że Ty też widzisz sprawy po swojemu. I może przyjdzie taki moment, że doceni, podziękuje i sam z siebie bardziej się zaangażuje. 

Mnie ostatnio podziękował…

Szczękę i cycki zbierałam z podłogi. Ale gdy ktoś dziękuje Ci za codzienne drobne rzeczy, wiesz, że złapaliście nierozerwalną nić porozumienia.

A wszystko jak już mówiłam, zaczyna się od zrozumienia.

Z innej perspektywy


I gdy już wszystko sobie poukładasz, zrozumiesz, że szukanie winnych nie jest rozwiązaniem, zaakceptujesz to, że jesteście po prostu inni i pogodzisz się z tym, że jedyne, co możesz dostać to pomoc, a nie pełne zaangażowanie, przychodzi czas, na spojrzenie na wszystko z nieco innej perspektywy.

Do tej pory, jak pewnie większość kobiet, wykonywałaś domowe obowiązki, z mniejszym lub większym wku***em, że wszystko musisz robić sama.

Często nawet otrzymując jakąś pomoc, zawsze było Ci mało.

Pokrzykiwałaś na męża i dzieci, rzucając ciągle hasła w stylu:

„Czy tylko ja w tym domu widzę, brudną podłogę?”,

„Nikogo nie interesuje to, ile jest koszu prania?”,

„Czy ktoś w końcu wpadnie na to, że można by mamie pomóc?” itd. itd.



Teraz na chwilę usiądź i zastanów się, jak widzą Cię w takich akcjach domownicy?

Masz to?



Pomyśl, czy rzeczywiście tak chcesz, żeby Cię widzieli? I czy sądzisz, że ciągłymi wyrzutami, zmobilizujesz ich do jakiejkolwiek pomocy?


Gdy byłam dzieckiem, a moja mama rzucała podobne hasła (nie żebym sama ich nie rzucała, bo szczerze kiedyś był one w moim stałym repertuarze), pamiętam, że wycofywałam się i łapałam sztamę z moim ojcem. Po cichu podśmiewaliśmy się z mamy, że ona tak bardzo się tym wszystkim przejmuje. A jakakolwiek pomoc z naszej strony, była zdecydowanie na ostatnim miejscu.

Bo kto chce się w cokolwiek angażować, będąc najpierw zbesztanym?


Pomoc i zaangażowanie idzie za wewnętrzną motywacją, która potrzebuje rozbudzenia. Nie jest to ani łatwe, ani szybkie do osiągnięcia. Tym bardziej że same nie brzmimy zachęcająco.



A gdyby tak podejść do wszystkiego z nieco innej perspektywy…

  • Spróbuj spojrzeć na wszystko, co robisz, jak na pracę, którą wykonujesz z miłości dla swoich najbliższych? Nie z obowiązku i nie dlatego, że nikt inny tego nie zrobi. Ale z czystej chęci zrobienia dla nich czegoś dobrego. Pomyśl o tym całym swoim wysiłku, jako o wsparciu funkcjonowania waszego domu, w aspektach, które są dla Ciebie najbardziej naturalne. I dla sprostowania nie mam tu na myśli pełnoetatowego poświęcenia domowi i robienia wszystkiego za wszystkich. Bo co to, to nie. Znasz mnie i wiesz, że w matkę polkę i perfekcyjną panią domu to ja się nie zabawiam.

  • Pomyśl, co dla rodziny robi Twój mąż. Może zajmuje się rachunkami. odwozi dzieci do przedszkola, ogarnia aspekty finansowe, samochodowe albo jeszcze inne. On zapewne też coś robi. Zauważ i doceń to.

  • Spójrz na siebie i na niego jak na integralne części wspaniale funkcjonującej rodziny. Bo rodzina to współpraca, a nie licytacja o podział obowiązków. Każdy ma prawo robić to, co wychodzi mu lepiej.
    Mąż jeździ z Twoim autem do mechanika, bo Ty boisz się, że wpadniesz kołem w tę dziurę na środku warsztatu? To może i Ty zrobisz coś dla niego, w czym i on nie czuje się komfortowo.

  • Zamiast krzyczeć i się złościć, rozmawiaj. Mów mu o swoich uczuciach. O tym, co lubisz robić w domu, a czego nie znosisz. W czym potrzebujesz wsparcia, a z czym dasz sobie radę. Zapytaj, na co on jest gotowy. A może wspólnie dojedziecie, że dla dobra sprawy będziecie potrzebować pomocy z zewnątrz. 

    I najważniejsze:

  • Doceń swoją pracę, poczuj wartość, którą dajesz swojej rodzinie i zrozum, że to, co robisz, jest dla nich ważne. Nawet jeśli nikt otwarcie Ci jeszcze tego nie powiedział.
    A gdy wstawiając już setną pralkę w tym tygodniu, zamiast rzucać mięsem, pomyśl o tym, że to właśnie dzięki Tobie wszyscy mają czyste ubrania.

Jeśli sama zaczniesz, docenić swoją pracę, zapewniam Cię, że i inni zaczną ją szanować. A dodatkowo będą bardziej skorzy do zaangażowania. 

No dobrze, osiągnęłam standardową długość posta w postaci 7 stron A4 a teraz Twoja kolej:)

Powiedz, jak sprawa wygląda u Ciebie?

Angażuje się, czy jest jak 98% męskiej populacji? Co w jego zaangażowaniu jest dla Ciebie najbardziej frustrujące? Złościsz się, krzyczysz, foszysz? Próbowałaś już jakichś sposobów, żeby zmienić tę sytuację?

A może zupełneinie nie zgadzasz się z tym, co napisałam?


Możesz być ze mną szczera, nie jedno słyszałam, a swoje przeszłam. Tutaj nic, co mamowe nie jest nam obce.

Jak zwykle czekam na Twojego maila pod adresem latwiejszezyciemam@gmail.com

Ściskam,

Gosia

Planer PHOTO FINAL.jpg
Gosia Hajnysz